Gdynia to trochę miejski wybryk. Jeszcze sto lat temu były tu głównie chałupy rybackie i pola, a w międzywojniu, w ciągu raptem kilkunastu lat, wyrósł z tego cały port z modernistycznymi kamienicami i nabrzeżem, którym dziś spaceruje pół Trójmiasta. Tę krótką, ale strasznie intensywną historię widać tu na każdym kroku. Z jednej strony białe kamienice rodem z lat 30., z drugiej ślady po wojnie, a do tego klif, plaże i dwa stare statki przycumowane w samym centrum.

Pracujemy w Gdyni na co dzień i klienci regularnie pytają nas, co tu zobaczyć, jak mają wolne popołudnie albo weekend. Poniżej zebraliśmy miejsca, które naprawdę robią wrażenie, bez ściemy, że wszystko jest „magiczne” i „niezapomniane”. Część z nich znajdziecie w pięć minut, do kilku trzeba się przejechać na obrzeża, ale akurat te bywają najciekawsze.

Skwer Kościuszki i Molo Południowe

Jak ktoś przyjeżdża do Gdyni pierwszy raz, ląduje tutaj. I słusznie. Skwer Kościuszki to szeroka promenada schodząca prosto do morza, z kawiarniami, knajpami i straganami po bokach. Latem ciężko się przecisnąć, ale o to chodzi. Skwer przechodzi płynnie w Molo Południowe, które wcina się w zatokę i opływa miejską marinę.

To właśnie tu cumują dwie ikony miasta: żaglowiec Dar Pomorza i niszczyciel ORP Błyskawica. Na końcu mola jest Akwarium Gdyńskie, gdzie dzieciaki spokojnie zejdą wam godzinę przy rekinach i rybach z całego świata. W sezonie z nabrzeża odbijają stateczki na rejs po porcie: godzina, komentarz przewodnika i widok na stocznię oraz okręty Marynarki Wojennej z wody. Banalna rzecz, a ogląda się świetnie.

Idąc po skwerze, podnieście czasem wzrok na kamienice dookoła. To czysty gdyński modernizm. I jeszcze jeden detal: maszt z popiersiem Josepha Conrada, czyli pisarza, który zanim zaczął pisać po angielsku, nazywał się Józef Korzeniowski i naprawdę pływał po morzach.

Dar Pomorza, czyli Biała Fregata

Mój prywatny faworyt nad wodą. Dar Pomorza to trójmasztowy żaglowiec z białymi burtami, zbudowany w 1909 roku w hamburskiej stoczni Blohm & Voss. Polska kupiła go w 1929 roku za pieniądze zebrane ze społecznych składek, dla Szkoły Morskiej w Gdyni.

Pod naszą banderą statek zaliczył 102 rejsy i przepłynął pół miliona mil morskich. Dla porównania: to mniej więcej 25 okrążeń kuli ziemskiej. W latach 1934–1935 jako pierwszy polski statek opłynął świat dookoła. Wyszkolono na nim ponad 13 tysięcy marynarzy.

Dziś to muzeum i można wejść na pokład. Zagląda się do kajuty kapitana, schodzi pod pokład do kubryków i maszynowni, a z góry ma się ten cały las masztów i lin nad głową. Fregata stoi przy Nabrzeżu Pomorskim od początku lat 80. i jest oddziałem Narodowego Muzeum Morskiego. Jak lubicie stare okręty albo po prostu chcecie zrobić dobre zdjęcie, to obowiązkowy punkt.

ORP Błyskawica

Tuż obok stoi drugi statek-muzeum i ma życiorys jak z filmu wojennego. ORP Błyskawica to niszczyciel zwodowany w 1937 roku. Tuż przed wybuchem wojny, w ramach operacji „Peking”, przedarł się z dwoma innymi polskimi niszczycielami do Wielkiej Brytanii i całą wojnę walczył u boku Royal Navy.

Lista akcji robi wrażenie. Osłaniał ewakuację spod Dunkierki, bił się pod Narwikiem, eskortował ponad 80 konwojów na Atlantyku, działał na Morzu Śródziemnym, a w 1944 roku pilnował lądowania aliantów w Normandii. Łącznie przeszedł jakieś 150 tysięcy mil bojowych. Za to wszystko dostał Złoty Krzyż Virtuti Militari, co dla okrętu jest absolutnym ewenementem.

Po wojnie wrócił do Gdyni i od połowy lat 70. jest muzeum. To najstarszy zachowany niszczyciel na świecie. Wchodzicie na pokład, oglądacie działa, wyrzutnie torped, schodzicie do maszynowni. I naprawdę da się poczuć, jak ciasno i głośno musiało tam być podczas akcji. Dla miłośników historii i techniki to żelazny punkt programu.

Muzeum Emigracji i Dworzec Morski

Gdynia bywa nazywana miastem „z morza i marzeń”, i akurat to nie jest pusty slogan. Stąd tysiące ludzi wypływało za chlebem do Ameryki, a ich historię pokazuje Muzeum Emigracji. Mieści się w dawnym Dworcu Morskim z 1933 roku. To modernistyczny gmach, który przed wojną był głównym terminalem pasażerskim. To tu odprawiano podróżnych wsiadających na transatlantyki, w tym na legendarne polskie liniowce Batory i Stefan Batory.

Przez to miejsce przewinęło się sporo znanych nazwisk. W 1939 roku wypłynął stąd w swój ostatni przedwojenny rejs Witold Gombrowicz. I już nie wrócił, został na emigracji. Wyjeżdżał stąd młody Zbigniew Brzeziński, późniejszy doradca prezydentów USA. A po wojnie tędy wracał do kraju Julian Tuwim. Sam budynek był w 1933 roku jednym z najnowocześniejszych terminali tego typu na świecie: ogrzewane poczekalnie, odprawa celna, wygodne ciągi dla pasażerów i bagażu.

Wystawa prowadzi was dokładnie tą drogą, którą szedł emigrant: od hali odpraw, przez trap, aż po multimedialne ekspozycje o losach Polaków na świecie. Są tu osobiste pamiątki, na przykład sprzęt fotograficzny i dokumenty Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Trochę muzeum, trochę podróż w czasie, a przy okazji jedno z lepszych miejsc w mieście na deszczowy dzień.

Kamienna Góra

Jak chcecie złapać Gdynię z lotu ptaka i nie machać przy tym dronem, to jest właśnie to miejsce. Kamienna Góra to zielone wzgórze w samym centrum, jakieś 52 metry nad poziomem morza. Dzielnica od zawsze była tą najbardziej prestiżową. W międzywojniu wyrosły tu stylowe wille z ogrodami i część z nich nadal robi wrażenie.

Na górę można wejść schodami między drzewami, ale szczerze: po co, skoro jest darmowa kolejka. Ta przeszklona winda działa od 2015 roku, pokonuje 96 metrów w jakieś dwie minuty i wwozi was spod Teatru Muzycznego prosto na szczyt. A ze szczytu widać port jachtowy, Skwer Kościuszki, a przy dobrej pogodzie nawet Półwysep Helski w tle.

Na górze stoi też wielki stalowy krzyż: 25 metrów wysokości, 25 ton, postawiony w 1994 roku w miejscu wcześniejszych krzyży (pierwszy, drewniany, stał tu jeszcze przed wojną). Po zmroku jest podświetlany i widać go z morza. U podnóża wzgórza są dwa muzea: Muzeum Miasta Gdyni i Muzeum Marynarki Wojennej. Pod tym drugim, nawet bez wchodzenia do środka, stoi plenerowa wystawa z działami, torpedami i minami morskimi. Samo wzgórze to po prostu przyjemny park z ławkami i amfiteatrem, gdzie latem grają kameralne koncerty.

Klif Orłowski i Domek Żeromskiego

Orłowo to inna bajka niż centrum: spokojniej, bardziej letniskowo, i moim zdaniem najładniejszy kawałek Gdyni. Klif Orłowski to naturalne urwisko Kępy Redłowskiej, miejscami do 40 metrów wysokości, ciągnące się jakieś 650 metrów wzdłuż brzegu. Jest częścią rezerwatu (pierwszego na tym terenie, utworzonego jeszcze w 1938 roku), a morze nieustannie go podgryza, bo brzeg cofa się średnio o jakiś metr rocznie. Spacer plażą pod klifem to klasyk. Pod urwiskiem do dziś stoją kaszubskie łodzie rybackie, bo działa tam mała przystań, i dzięki temu cały widok robi się jeszcze lepszy.

Sercem Orłowa jest drewniane molo, dziś 180 metrów długości (przedwojenne było dłuższe, ale sztormy zrobiły swoje). Z jednej strony macie klif, z drugiej panoramę zatoki, a przy dobrej widoczności nawet helską mierzeję.

Tuż przy wejściu na molo stoi niepozorny biały domek przy ulicy Orłowskiej 6, czyli Domek Żeromskiego. W 1920 roku zamieszkał w nim na kilka miesięcy Stefan Żeromski z rodziną. Przyjechał ratować zdrowie, a przy okazji z fascynacją patrzył, jak na jego oczach rodzi się Gdynia i powstaje port. To właśnie tu napisał opowiadanie „Sambor i Mestwin”, a w gości wpadał do niego inny pisarz, Jan Kasprowicz. Dziś budynek pełni funkcje kulturalne, jest tablica pamiątkowa, a od 2023 roku na ścianie wisi nawet „hotel dla pszczół” murarek. Drobiazg, ale taki, który zapada w pamięć.

Torpedownia na Babich Dołach

A teraz coś zupełnie innego. Na północnych obrzeżach Gdyni, jakieś 300 metrów od brzegu, sterczy z wody betonowy blok bez okien i bez dachu. To dawna niemiecka torpedownia: żelbetowa konstrukcja na zatopionych kesonach, kiedyś połączona z lądem długim molem (pomost wysadzono w latach 90.).

Obiekt powstał w czasie wojny jako tajny poligon Luftwaffe o nazwie Torpedowaffenplatz Hexengrund. Niemcy testowali tu prototypy torped lotniczych. W pobliskim Oksywiu działała podobna stacja Kriegsmarine, połączona z Babimi Dołami kolejką wąskotorową. Dziś z tego wszystkiego zostały ponure ruiny. Mury są podmywane i lecą; kilka lat temu zawaliła się spora część frontowej ściany. Z roku na rok jest gorzej i nikt nie ma pomysłu, co z tym zrobić.

I właśnie dlatego to miejsce ma w sobie coś takiego, że ściąga tu fotografów i ludzi z głową w historii. Wejść się nie da, bo obiekt stoi w wodzie, więc ogląda się go z plaży w Babich Dołach albo z pokładu stateczku podczas rejsu po porcie. Ten betonowy kloc wystający z morza to jeden z najdziwniejszych „zabytków” w mieście i zupełnie inny rozdział gdyńskiej historii niż białe żaglowce z centrum.

Najstarszy zabytek miasta: kościół św. Michała na Oksywiu

Gdynia kojarzy się z dwudziestym wiekiem, ale na obrzeżach stoi coś dużo, dużo starszego. W dzielnicy Oksywie jest kościół św. Michała Archanioła, niewielka gotycka świątynia uznawana za najstarszy zachowany budynek w całym Trójmieście. Pierwsze wzmianki o tutejszej parafii pochodzą z 1212 roku, kiedy księżna Zwinisława przekazała wieś Oksywie norbertankom. Sam kościół z kamienia i cegły postawiono prawdopodobnie w XIV wieku, na miejscu wcześniejszej drewnianej kaplicy.

Zanim w ogóle powstała Gdynia, to Oksywie było główną osadą tej części wybrzeża, a ten kościół najważniejszą świątynią okolicy. Budowla jest skromna: bryła z polnego kamienia, drewniana wieżyczka i stary cmentarz dookoła, na którym leżą między innymi pierwsi budowniczowie portu.

Wojna mocno się tu odbiła. W marcu 1945 roku, podczas walk o Kępę Oksywską, kościół znalazł się pod ostrzałem artyleryjskim. Po wyparciu Niemców proboszcz naliczył w murach co najmniej jedenaście dziur po pociskach, dach i wnętrze były w ruinie, ocalały tylko fragmenty ołtarzy. Odbudowa zajęła lata. Dziś kościół znów służy wiernym, a jak zwiedzacie Gdynię i macie ochotę zboczyć z głównych szlaków, to dobry powód, żeby zajrzeć na Oksywie i zobaczyć najstarszy okruch tego skądinąd bardzo młodego miasta.

Modernistyczne Śródmieście

Tu trzeba po prostu chodzić z nosem do góry. Centrum Gdyni zaprojektowano i zabudowano od zera w latach 20. i 30., a w 2015 roku wpisano je na listę Pomników Historii. Główne ulice, czyli Świętojańska, 10 Lutego i Starowiejska, to dziesiątki modernistycznych kamienic i gmachów. Wiele z nich ma swoją historię, a kilka po prostu trzeba znać.

„Bankowiec”

Zacznijmy od najlepszego. „Bankowiec” to potoczna nazwa wielkiego budynku mieszkalnego BGK przy ulicy 3 Maja, postawionego w latach 1935–1939. Jak na tamte czasy kolos: dziewięć kondygnacji i fasada dłuższa niż 90 metrów. Architekt Stanisław Ziołowski zaprojektował go tak, żeby przypominał statek: zaokrąglone narożniki jak dziób okrętu, a długie pasy okien niczym bulaje na transatlantyku.

Naszpikowany był nowinkami: winda, centralne ogrzewanie i podziemny garaż na 18 aut, podobno pierwszy taki w Polsce. W piwnicach zrobiono schron przeciwlotniczy. Mieszkania potrafiły mieć ponad 100 metrów i dwie klatki schodowe: jedną reprezentacyjną dla lokatorów, z czerwonym dywanem, drugą dla służby. Przy głównym wejściu do dziś zachowała się oryginalna mozaika z kolorowych płytek i masywne filary z czarnego lastryko. Mieszkańcy urządzili nawet małe muzeum z fragmentami dawnego wyposażenia. Mówią o nim czasem „okręt z cegły i cementu” i coś w tym jest.

Hale Targowe

Kawałek dalej, przy ulicy Wójta Radtkego, stoją Miejskie Hale Targowe z lat 1935–1938. To majstersztyk polskiego konstruktywizmu i już przy otwarciu mówiono o nich jako o jednych z najnowocześniejszych w Europie. Główna hala ma paraboliczny dach oparty na dziewięciu stalowych łukach, z dużymi świetlikami, więc do środka wpada masa dziennego światła. W latach 30. to była rewolucja: jasno, przestronnie, naturalna wentylacja i chłodnie w podziemiach.

Najlepsze jest to, że hale nadal robią dokładnie to, do czego je zbudowano. Rano kupicie tu świeże warzywa, ryby i kwiaty, a przy okazji obejrzycie kawał świetnej architektury. Mało które targowisko w Polsce wygląda tak dobrze.

Ślady po kulach i Domek Abrahama

Spacerując Świętojańską, główną handlową ulicą miasta, mijacie kamienicę pod numerem 101. Z pozoru zwykła, ale jej tylna elewacja przez dziesięciolecia nosiła wyraźne dziury po kulach z 1945 roku, z walk o Gdynię. Po wojnie długo nikt jej nie tynkował i te ślady zostały jak blizny. Niedawno budynek wyremontowano, ale starsi gdynianie dobrze pamiętają, jak wyglądał podziurawiony.

Na koniec mały, drewniany domek przy Starowiejskiej 30, który zupełnie nie pasuje do otaczających go kamienic. I właśnie o to chodzi. To Domek Abrahama, jeden z najstarszych budynków w śródmieściu, pamiętający czasy sprzed miasta. Postawiono go w 1904 roku. W latach 1920–1923 mieszkał tu Antoni Abraham, kaszubski działacz nazywany „kaszubskim królem”, który zabiegał o przyłączenie Pomorza do Polski po I wojnie i jeździł nawet na konferencję wersalską. Domek przetrwał, gdy wokół rosły modernistyczne kamienice, i stoi do dziś jako przypomnienie, że pod tym całym modernizmem była zwykła rybacka osada.

Na koniec, praktycznie

Najfajniejsze w Gdyni jest to, że w jeden dzień można wejść na pokład przedwojennego żaglowca, zejść do maszynowni okrętu wojennego, popatrzeć z klifu na morze i obejrzeć kamienicę zaprojektowaną jak transatlantyk. Wszystko blisko siebie.

Jedna uwaga z naszego podwórka: centrum, Skwer Kościuszki i okolice mola da się obejść pieszo, ale Orłowo, Babie Doły i Oksywie leżą na drugim końcu miasta. Komunikacją da radę, autem szybciej, zwłaszcza jak chcecie zaliczyć i klif, i torpedownię, i Oksywie w jedno popołudnie. Parkowanie w ścisłym centrum bywa w sezonie loterią, więc dobrze wcześniej gdzieś zjechać i resztę zrobić na piechotę.

Jak będziecie planować taki objazd po okolicy i przyda wam się samochód, służymy pomocą. A po drodze do Gdyni jest jeszcze Sopot, Gdańsk i pół Kaszub. Ale to już temat na osobny wpis.